Lubię cię. Zmieni mi się.

– Może rybki?

– Dziękuję, nie lubię ryb – odpowiadam wykrzywiając twarz z obrzydzenia.

– Zmieni ci się – pani Jadzia uśmiecha się i odkłada półmisek.

Hanka poczuła się, jakby znowu miała dwadzieścia lat. Jak wtedy, kiedy nikt nie zapraszał jej chłopaka do domu na święta, bo uważano, że to przejściowe zauroczenie, z którego wyrośnie. Jak wtedy, kiedy nie mogła znaleźć stałej pracy, bo każdy uważał, że jeszcze kilka razu zmieni zainteresowania w stronę których chce się rozwijać. Jak nikt nie czytał jej wierszy, bo co ona może wiedzieć o życiu.

– To może sosiku grzybowego?

Nauczona doświadczeniem, wypracowała nową linię obrony – Dziękuję, ale jestem uczulona na grzyby – skłamała mając nadzieję, że temat grzybów, w przeciwieństwie do tematu ryb, ma z głowy raz na zawsze.

– A nie martw się – odparł Pan Tadeusz – kiedyś byłem uczulony na koperek i voila! Już nie jestem! Zmieni ci się!

Rodzice Jolki – i pomyśleć, że zdarza mi się narzekać na własnych.

– Dobra, dajcie już spokój Haneczce, niech je to, co lubi. Zresztą nie przyszła do was się najeść, tylko dotrzymać mi towarzystwa, przecież to istny dom wariatów! – Jolka była o krok od wyrzucenia kłębiących się w niej od miesięcy frustracji. Wizyty u rodziców traktowała jak przykry obowiązek. Mimo to, nigdy się od nich nie odcięła. Nie umiała. A może wierzyła, że kiedyś się zmienią, albo że polubi te przeszywające na wskroś przesłuchania.

Niby miło ze strony Jolki, że stanęła w mojej obronie, jednak zrobiło się bardziej niezręcznie niż przy tej nieszczęsnej zdechłej rybie na początku spotkania. Swoją drogą, jak można dzierżyć na talerzu coś, co niedawno pływało, a teraz patrzy na ciebie tym pustym wzrokiem, kiedy wygrzebujesz jej mięso z pomiędzy kręgosłupa? Ohyda.

– Bardzo dziękuję Państwu za miłą kolację, ale niestety obowiązki wzywają – starałam się najmilej jak potrafię wyrwać się z tego niekomfortowego przyjęcia.

– Przecież nic nie zjadłaś – Pani Jadzia nie odpuszcza.

– Nie słyszałaś? Nie lubi ryb – brnął Pan Tadeusz – ale zmieni jej się jeszcze, w jej wieku…

– Naprawdę, nie trzeba – wstałam gwałtownie. Było naprawdę uroczo. Dziękuję. Jolu, będziemy w kontakcie.

Wyszłam nie zapinając płaszcza, w źle zawiązanych butach, zamiast ulgi czując wyrzuty sumienia.

Opinie, mądrości, cytaty, przepychanki na życiowe doświadczenia, duchota.

Duszno mi. Duszę się.

Cudzy rodzice powiedzą mi co powinnam lubić i kiedy zmienię preferencje kulinarne.

Z pracy dowiem się, jaką mam osobowość i nad którymi jej aspektami powinnam pracować.

Znajomi na Facebooku powiedzą mi, w jakich ubraniach mi ładnie i na którym zdjęciu mam piękny uśmiech. Od byłego mogę dowiedzieć się, że byłam suką, lub na odwrót – że byłam zbyt fajna.

Każdy wkleja na swoja tablicę cytaty w stylu „ty za mnie nie umrzesz, więc nie mów mi jak mam żyć” tudzież „to moje życie i chuj ci do tego”. Ale wystarczy, że wydłubiesz rodzynki z sernika, a dowiesz się, że w końcu je polubisz. To nic, że wydłubujesz je od trzydziestu lat, zmieni ci się na pewno.

Jedna wielka hipokryzja. Po co pozować na niezależnych, cieszących się życiem przedstawicieli lepszej części gatunku ludzkiego, jeśli oceniamy innych na każdym kroku?

Nie mów mi jak mam żyć, ale nie rób prawa jazdy na motor, bo to świstek na pewną śmierć.

Nie mów mi jak mam żyć, ale nie pal papierosów, bo to niezdrowe.

Nie mów mi jak mam żyć, ale nie jedź na wakacje w Polsce, bo to strata kasy. Egipt, to dopiero klasa…

Nie mów mi, jak mam żyć i przeczytaj mądre cytaty, które wklejam pod piosenkami Adele. Nie lubisz Adele? Posłuchaj ostatniej płyty, zmienisz zdanie.

Masakra.

 

 

 

Podobne wpisy