Nic, czyli co?

– Kiedy mówicie, że nie macie nic w lodówce, to co macie? – Zapytała Martyna.
– No jajka, ser żółty, jakieś zwiędłe warzywa, dżem, ketchup, majonez, ale to wiadomo, mam zawsze – odpowiedziałam – różnie, czasami resztkę wędliny, albo obiad z wczoraj.
– kabanosy, zawsze jakieś sery, mrożoną pizzę, mrożone warzywa i dania na patelnie, mleko, kilka pootwieranych słoiczków z oliwkami, pomidorami suszonymi, ogórkami – wyliczała Jolka.
– To wyobraźcie sobie, że jak pierwszy raz przyszłam do Daniela, powiedział mi, że może zamówimy coś na telefon, bo nie ma nic w lodówce. Myślę sobie – dobra kucharka zrobi coś z niczego, więc mówię mu – nie będzie takiej potrzeby. Otwieram lodówkę a tam whisky i ze 20 puszek coli. – Martyna zrobiła wielkie oczy.

Siedziałyśmy na dużych, indyjskich poduchach w salonie Jolki. Na podłodze leżały talerzyki pełne przekąsek – warzywa, kilka rodzajów serów, koreczki, melon z prosciutto, caprese. Jolka przywiązywała dużą wagę do detali, więc każdy talerz był pięknie ozdobiony. Na dużym telewizorze w drugiej części salonu leciał koncert Alicii Keys, rolety były zasłonięte, a światło rzucało – oprócz telewizora – pięć małych lampek i kilka świec.

– Ej, coś w tym jest – parsknęłam gryząc seler naciowy – Wiktor miał w lodówce tylko Finlandię, Jacka Danielsa i słoiczek przeterminowanych papryczek jalapeño. Czasami zastanawiałam się, czy on w ogóle tam mieszka. Pominę, że poza lodówką ja mam szafki pełne makaronów, przypraw, gotowych sosów na wszelki wypadek, mąki, muesli i innych takich. A kiedy piekłam mu pizzę i zapytałam w sklepie „mąkę pewnie masz?”, popatrzył na mnie jakby pierwszy raz w życiu usłyszał słowo mąka.
– Tylko kto tu mąci, dziewczęta – Martyna wzięła łyk wina i uniosła wskazujący palec ku niebu – oni powiedzieli, że nie mają N I C i nie mieli nic. My, kiedy mówimy, że nie mamy nic w lodówce, śmiało możemy ugotować jakieś danie i przeżyć na tym co jest kilka ładnych dni.
– To prawda – przyznała Jolka – to my upraszczamy zdanie do „nie mam nic w lodówce”, zamiast powiedzieć „nie mam w lodówce niczego, na co miałabym dzisiaj ochotę. Muszę iść na zakupy”.
– Albo „kończą mi się jajka. Muszę iść do sklepu”, nigdy tak jeszcze nie powiedziałam. Zawsze mówię, że nie mam nic w lodówce – Martyna przyznała jej rację.
– Może dlatego, jeśli powiemy facetowi, że wcale nie mamy focha i nie chodzi nam o nic, on zamiast dopytywać, idzie na mecz do kolegi – poczułam się, jakbym odkryła Amerykę.
– Ich nic oznacza nic. Nasze nic oznacza kilka małych rzeczy – Martyna pokiwała głową i uniosła kieliszek z winem na gest toastu.

Podobne wpisy

#, #, #, #, #, #, #, #, #, #