Odpychająca

7:50. Budzi mnie smród palonego przez sąsiada papierosa. Najpierw wypełnia mi nozdrza, po chwili osiada na moich włosach, pościeli i firankach. Nie mija 15 minut, a fala nowego skręta z siana i słomy rozmywa się w atmosferze mojego pokoju. Mieszkam w dyskotece. W sali dla palących. Pod palcami zamiast satynowej pościeli zaczynam czuć lepki, okrągły odcisk szklanki. Nie zdziwiłabym się, gdyby prawa dłoń, wycelowana kiepem w moje okno miała tkwić tam cały dzień, zaś lewa wierciła w sekundowych odstępach czasu dziury w betonie i mojej głowie. Mimo wszystko, dobrze być w domu. Najchętniej bym go dziś nie opuszczała, choć powinnam była w nim zostać wczorajszego wieczora.
Idziemy wszystkie razem potańczyć – rzuciły hasło koleżanki z pracy. Cóż. To idziemy.

Zawsze zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak skoro inne, niektóre nawet bardzo, bardzo brzydkie dziewczyny mają w klubach wzięcie, a ja nie za bardzo. Cieszy mnie święty spokój i nienawidzę pijackiego oddechu obcego, wieszającego się na mnie kolesia, więc nie narzekam. Ale jedno jest pewne – twarzą nie odstraszam, ruchami raczej też nie. Co jest ze mną nie tak?

Ruda, krótkowłosa Kama przyprowadziła ze sobą kumpla – przeciętnego wzrostu, krótko ostrzyżony  dwudziestoparolatek w szarej bluzie, w skrócie – powietrze lub jeszcze jedna ściana w pomieszczeniu. Tańczę niby w kółku, niby na uboczu, trochę sama a jednak zaczepiana puszczaniem oczek przez koleżanki. Otwieram oczy i zauważam jak Kama rozkłada ręce na znak bezradności. Prawdopodobnie Ściana bezskutecznie próbował zaprosićmnie do tańca. Ktoś tam obok mnie tańczył, nie wiedziałam, że był to Ściana i jego przećwiczony przed imprezą ruch godowy. Miałam nadzieję, że to w końcu jakiś podmuch wiatru w dusznym i zatłoczonym klubie.

Na zewnątrz zaczepia nas grupka facetów w obciachowych koszulach w kratę, z jeszcze bardziej obciachowymi twarzami i najbardziej obciachowymi tekstami wieczoru. Koleżanki uśmiechają się i droczą, kiedy wyrywa mnie z zamyślenia głos:
– Ona nam nie powie gdzie się wybierają.
– Słucham? – Wywracam oczami.
– Jesteś z tych wrednych dziewczyn. Stoisz i robisz miny.
– Aha. – Wywracam oczami.

Nagle dociera do mnie, jak bardzo gardzę każdym mężczyzną w odległości 4 kilometrów ode mnie. Uświadamiam sobie, że oni wszyscy o tym wiedzą.

Marzył mi się powrót do domu, marzyło mi się, aby ktoś w tym domu na mnie czekał, chwycił mnie w ramiona i powiedział, że nie jestem wredna, lecz przepełniona słodyczą i kobiecym wdziękiem. Że nikt, tylko ja tak uroczo i że delikatnie, tu i teraz, najmocniej, miło.

Obejmuję z czułością kubek porannej zielonej herbaty, otulona miękkim szlafrokiem, całowana przez spokojne dźwięki muzyki. Nie potrzebuję niemiłych słów, nieodpowiednich ludzi, złych opinii.

(źródło: leopardheels.blogspot.com)

Podobne wpisy

#