Budowanie relacji w trosce o samą siebie

Pamiętam, jak zaczynałam nową szkołę i podeszła do mnie jedna dziewczynka.
Stałam sama. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać i trochę się bałam, że powtórzy się koszmar poprzedniej szkoły, w której byłam przezroczysta w kierunku do nielubiana. Szkoły, w której nikt nie wiedział, że lubię się śmiać, piszę wiersze i spędzam dużo czasu z moją rodziną, która jest naprawdę klawa.
Podeszła do mnie dziewczynka o brązowych, długich włosach, ubrana w modny sweter z Big Stara i zapytała na jednym wdechu i w jednostajnej tonacji – gdzie byłaś na wakacjach bo ja w Chorwacji?
– w Tunezji. – odpowiedziałam cicho, ale z przekonaniem.

To zabawne, ale ani wtedy ani nigdy później nie byłam w Tunezji. W ogóle mnie tam nie ciągnie, a tamtego lata byłam z rodzicami nad polskim morzem i było cudownie. Teraz mówię głośno, że uwielbiam polskie morze i mam w dupie Tunezję, ale wtedy nie mówiłam.

Jakoś nie potrafię znaleźć równowagi. Kiedyś byłam nieśmiała i starałam się nie wdawać w dyskusje a teraz, jeśli już coś powiem, to zbyt dosadnie, zbyt szczerze, zbyt głośno, zbyt stanowczo.
Pewnie dlatego utrzymuję częstszy kontakt z ludźmi, których znam po 13, 15 lat, a silna paczka ze studiów okazała się paczką wysłaną drogą morską za pośrednictwem Poczty Polskiej – jeśli nie utonie, to dopłynie ograbiona ze wszystkiego, co cenne.

Po studiach wydawało mi się, że zbudowałam dorosłe, trwałe relacje z ludźmi, których darzę ogromną sympatią. A okazało się, że w dorosłym życiu relacje budują się same tylko na chwilę i aby przetrwały dłużej, potrzeba zaangażowania obu stron. Dlatego kiedy próby kontaktu ze znajomymi kończą się lakonicznym „u mnie ok”, nie chce mi się walczyć. Dlatego wiem, że przyjaźń z moją przyjaciółką to relacja, nad którą obie bardzo dużo pracowałyśmy i pracujemy. W której nauczyłyśmy się mówić „nie mam weny żeby dziś rozmawiać” i rozmawiamy za parę dni, bo szanujemy swoją indywidualność i to, że przyjaźń to nie są kajdany. Jeśli idziemy zjeść, nie musimy iść na kompromisy co do lokalu, możemy posiedzieć w jednym, a później drugim miejscu. Jeśli chcemy czegoś innego, nie poświęcamy się, by później wypominać, tylko szukamy najlepszego rozwiązania (ostatecznie nie jesteśmy przecież bliźniętami syjamskimi). Chwilę zajęło nam nauczenie się zrozumienia, mówienia wprost nie zawsze miłych rzeczy i wreszcie – bycia sobą i akceptowania swoich największych dziwactw. Gadać o wszystkim i o niczym, ale też milczeć bez zawstydzenia.

Zmierzam do tego, że relacja z drugim człowiekiem nigdy nie przychodzi sama. Związek z rodziną,  partnerem, kumplami, to ciężka praca i pierwsze pytanie brzmi „czy chcę tę pracę podjąć?”

Najpierw zaczęłam pracę nad sobą, by nie wstydzić się swoich upodobań, opinii, przeżyć. By nie być małą Hanią, która myśli, że to co ma ktoś, jest zawsze lepsze niż to, co ma ona.

Później nauczyłam się rezygnować z toksycznych znajomości. Odchodzić, nie zabiegać za kimś, kto nie wykazuje inicjatywy (szkoda, że nie nauczyłam się tego przed poznaniem Wiktora), nie przywiązywać się.

Teraz uczę się zostawać, jeśli warto.

 

(photo: animals-zone.com)

Podobne wpisy

#, #, #