Przypływy i odpływy

Spróbowałam popatrzeć na świat czarno, lub biało. Chuj, nie potrafię. Tak, wiem, to dobrze. Powiesz: świat ma wiele barw, i nie mówisz, o odcieniach szarości. Mój pełen jest kolorów, których niejeden mężczyzna nie potrafiłby nazwać. Ja chyba też nie potrafię.

Na przykład nie potrafię nazwać tego, co czuję w tej chwili do Wiktora.

Gdybym miała powiedzieć jaką jest barwą, byłby rdzą. Rdzą, która osiadła na różowej karoserii tego, hm, związku.

Jest ciemnym granatem morza, rozbijającego fale o brzeg.

Spowitym mrokiem horyzontem, który kończy się blisko brzegu, a dalej jest już tylko dźwięk i wyobraźnia.

Pojechałabym nad morze. Usiadła na piasku i przysypała nim stopy. Napawała oczy pasmem nieregularnej fali, która nie jest piękna, ale cieszy, bo jest. Zobaczyć przypływ. A później go odczuć.

Odpływasz jak zabawkowy stateczek. Rzucany przez wodę raz dalej, raz bliżej. Tracę cię z oczu, a później przyciągam na sznurku, zupełnie nie wiem, dlaczego. Ta zabawa nie cieszy, nie rozwija. Nie daje ani radości, ani smutku. Nudzi mnie i jest przedłużana na siłę.

Ale smutno by tak – nikogo nie kochać. O nikim nie śnić, za nikim nie tęsknić.

Gonię marzenia, nie ciebie, Wiktorze.
Widzę jak toniesz, puszczam powoli twą dłoń.

(photo: pictures.4ever.eu)

#, #, #, #, #, #, #